WYJAZD NA… MARSA (EL ALAM)

 Magazyn Nurkowanie   06/2010

fot. Dawid Jóźwiak

 

Po kilku latach spędzania każdego „wolnego” w Dahab, dostałam propozycję wyjazdu do Marsa El Alam… Długo nie trzeba było mnie namawiać – intrygujące towarzystwo, ciekawe projekty do realizacji w trakcie wyjazdu i – może najważniejsze – zupełnie mi nieznane miejsce nurkowe. Bez wahania powiedziałam: Yalla!

Co to za miejsce? W dużym skrócie – malutka miejscowość o rodowodzie rybackim, położona na południu Egiptu na zachodnim wybrzeżu Morza Czerwonego. Wzdłuż złocistych plaż, urozmaiconych licznymi zatoczkami i lagunami, na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów ciągną się hotele przedzielone pustkowiami… Od strony lądu otula je pustynia i skrywane przez nią tajemnice…

fot. Ilona Kerger

 

Tutejsze atrakcje są następujące: nurkowanie albo nuda. A więc jazda do wody! Możliwości były dwie – z brzegu lub z łodzi. Szczęśliwie, w zależności od miejsca nurkowego i mojego widzimisię, mogłam podziwiać podwodne krajobrazy na bezdechu lub ze sprzętem.

 

ŻÓŁWIE, ŻÓŁWIE I JESZCZE RAZ ŻÓŁWIE!!!

Abu Dabab – słynna zatoczka żółwi i kiedyś także diugoni. Miejsce absolutnie dla każdego, niezależnie od posiadanych certyfikatów lub umiejętności. Wystarczy wejść do wody i odpłynąć kawałeczek od brzegu. Tam, na głębokości od 3 do 15m, żerują żółwie, których rozmiary dochodzą do 1,5m! Pomiędzy nimi wypatrzeć można czasem guitarshark (takie skrzyżowanie płaszczki z rekinem w piaskowym kolorze), ogończe niebieskie (małe szare płaszczki w niebieskie kropki) i inne stworzenia.

fot. Dawid Jóźwiak

 

Postanowiłam poznać żółwie nurkując na bezdechu. Dzięki temu miałam większą swobodę w przemieszczaniu się po tej dość rozległej zatoczce w poszukiwaniu żółwi z powierzchni, niż koledzy pływający przy dnie z ciężkim sprzętem na plecach. Pierwszego żółwia wypatrzyłam jakieś 3 minuty po wejściu do wody. Gigant spokojnie pasł się na głębokości około 6m kompletnie ignorując mnie (niesamowicie podnieconą – w końcu to był pierwszy „dziki” żółw widziany przeze mnie na żywo!), kilku snoorków i kolegów w twinsetach krążących wokół niego. Nagle, lekko niczym piórko, olbrzym oderwał się od dna i powoli zaczął się wznosić ku powierzchni.

fot. Ilona Kerger

 

Po chwili znalazł się tuż obok mnie i – wynurzając głowę –  zrobił dokładnie to samo co ja robię w takim momencie: parsknął robiąc wydech, po czym – wystawiając dzióbek tuż nad wodę – wciągnął świeże powietrze. W ten sposób zrobił jakieś 3 wdechy, następnie zanurkował z powrotem do trawki, by kontynuować obżarstwo. Pokręciłam się chwilę wokół niego, gdy w oko wpadł mi guitarshark nieśmiało przycupnięty na dnie. Okazało się, że nie był sam – wokół niego krążyła spora grupa jego rodzeństwa. Niestety, były one bardzo nieśmiałe i pouciekały, gdy próbowałam się do nich zbliżyć. Postanowiłam zatem wrócić do żółwi, by w pełni nacieszyć się ich towarzystwem…

Nie będę opisywać wszystkiego, co było dalej. Powiem tak: po 3 godzinach moczenia się w wodzie byłam w stanie z pamięci naszkicować żółwia z dokładnością niemal anatomiczną. Przez ten czas nie przekroczyłam głębokości 15m, a właściwie, to większość czasu nurkowałam między 3 a 7m.

Moją radość zakłócał jedynie smutek spowodowany nieobecnością diugoni, które zostały wypędzone przez nachalnych nurków i snoorków. Pozostał mi także pewien niedosyt w poznawaniu miejsca – boki zatoki zbudowane są z przepięknej rafy koralowej schodzącej do głębokości 20m. Wydają się być dobrym miejscem na przeprowadzenie nurkowania w stylu macrodive z butlą na plecach.

DELFINIE, GDZIE JESTEŚ?

Dolphin House – fragment rafy z zatoką w kształcie podkowy, objęty ochroną w formie Parku Narodowego, znajdujący się daleko od brzegu i dostępny wyłącznie z łodzi. Jak sama nazwa wskazuje, zamieszkany jest przez sporą grupę delfinów (ok. 50 osobników), które przybywają tu, aby się wyspać. Tym razem zabrałam ze sobą zarówno sprzęt scuba, jak i długie płetwy do freedivingu, aby już po dopłynięciu na miejsce ocenić sytuację i wybrać najlepsza opcję nurkową. Gdy łódź zacumowała w zatoczce, zauważyliśmy w oddali wyskakujące z wody delfiny. Decyzja była natychmiastowa – marzenie nurkowania na bezdechu z tymi stworzeniami przyćmiło wszystko inne, więc nie myśląc wiele, dołączyłam do grupy snoorków. Na Dolphin House nie istnieje możliwość freedivingu. Jeżeli decydujemy się na nurkowanie bez sprzętu scuba obowiązkowo należy nałożyć kapok. Zodiak dowiózł moją grupę do linii białych bojek, następnie wszyscy dopłynęliśmy do bojek czerwonych, za które nie wolno już było wypływać. Dzięki temu delfiny są chronione przed nachalnymi gośćmi, jednak pozostawiono im możliwość przypłynięcia do ludzi, jeżeli miałyby taką ochotę.

Zaczęło się wyczekiwanie na kaprys delfinów, ich ciekawość i chęć do zabawy z nami. Ponieważ nic się nie działo, postanowiłam przepłynąć całą trasę wzdłuż linii bojek z nadzieją na samotne spotkanie z delfinem… Na końcu mojej trasy wpadłam na olbrzymią barakudę, która zdecydowanie się mnie nie bała, więc zawinęłam się stamtąd jak najszybciej… Po godzinie wpatrywania się z nadzieją horyzont odpuściliśmy i wróciliśmy na łódź.

Na drugie nurkowanie zgarnęłam sprzęt. Zdecydowanie było na co patrzeć – godzina nurkowania z oczami dookoła głowy, w tzw. zupie rybnej! Pierwsze 20 minut spędziliśmy błądząc po rozległych i krętych systemach korytarzy znajdujących się w rafie, płytkich (do 7m) i niezwykle urokliwych. Promienie słoneczne przechodzące przez otwory w „suficie” pozwalały wydobyć otaczające nas kolory i stwarzały niesamowitą atmosferę. Piękne korale, mnóstwo ryb dookoła, płaszczki na dnie… Można było zapomnieć o bożym świecie. Dało by radę popływać tutaj na bezdechu, jednak odgórny zakaz wykluczał taką możliwość. Po przepłynięciu kilku malutkich jaskiń znaleźliśmy się w „lesie kolumn” zbudowanych z rafy, wśród których kryła się niezliczona liczba różnorodnych i kolorowych stworzeń. Piękne nurkowanie całkowicie wynagrodziło mi brak delfinów, które ponoć tydzień wcześniej były dosłownie na wyciągnięcie ręki… Może następnym razem!

DUŻA FALA I WIELKA GŁĘBIA.

Elphistone – fragment rafy w kształcie cygara, dostępny wyłącznie z łodzi. Tego dnia port w Marsa El Alam przywitał nas całkiem pokaźną falą, już w zodiaku w trakcie transportu na łódź można było dostać choroby morskiej. No, to się będzie działo – pomyślałam. Po 2 godzinach dotarliśmy na miejsce. Co w menu J? Co się trafi! Po nurkowaniach na Dolphin House starałam się nie mieć żadnych oczekiwań.

Ubraliśmy sprzęt scuba i zodiak dowiózł nas na kraniec „cygara”. Fala olbrzymia, trzeba było bardzo uważać, żeby nie wypaść z zodiaka. Szybkie zanurzenie na 20 i dalej 40m, wszyscy ok., no, to płyniemy. Płyniemy, to było właściwie za mocno powiedziane – położyliśmy się jak na kanapie i rozpoczęliśmy oglądanie programu przyrodniczego na żywo i na wyciągnięcie ręki. Lekki prąd niósł nas idealnie wzdłuż rafy, pod nami jej stok stromo opadał w dół na ponad 100m. Niezłe miejsce na techniczne nurki, pomyślałam trochę z zazdrością o kolegach, którzy wybrali się dziś na 90m. Próbowałam wypatrzeć mantę i rekina wielorybiego. Zamiast nich, nagle, tuż pode mną, pojawiła się olbrzymia murena (co najmniej 2metrowa), która, falując w toni, przemieszczała się wzdłuż rafy! Niesamowite! Pierwszy raz oglądałam to ogromne cielsko uwolnione w błękicie…

Pomimo fali udało nam się wrócić bezpośrednio na łódź. Godzina przerwy i drugie nurkowanie. Tym razem opłynęliśmy rafę z drugiej strony. To samo zjawisko: feeria barw i różnorodność stworzeń. I znów prąd znoszący nas łagodnie w stronę statku. Pomknęliśmy na 40m i zatopiliśmy oczy w bezkresnym błękicie… Wznosząc się powoli po stoku rafy ku górze oglądaliśmy płaszczki, wielkie barakudy, tuńczyki, napoleony i wiele innych stworzeń. Podobno czasem pojawiają się tu rekiny (m.in. młoty) i manty. Dziś, niestety, ich nie było.

WRAKI I WRACZKI…

Wracam do bezdechu – dwa wyjazdy na płytkie wraki postanowiłam zrobić bez sprzętu. Tylko bojka z liną do zanurzania i odpoczynku, płetwy, maska, rurka i ja.

Sha’ab Marsa, to wrak oddalony około 1 godziny drogi łodzią od portu w Marsa Alam. Dno znajduje się na około 13m, zaś pokład wraku na głębokości 7-10m. Wrak jest drewniany i całkiem nieźle zachowany. Ma w sobie coś tajemniczego. Bardzo dobra przejrzystość wody pozwala na podziwianie go w całej okazałości.

Tuż obok wraku znajduje się niewielka jaskinka w kształcie litery L, o głębokości około 6m. Na jej dnie spotkałam śpiącą ogończę, zaś pod samym sufitem zbudowanym z koralowców – mieniące się w świetle promieni słońca tysiące przeróżnych rybek. Taka bajkowa kraina.

Abu Ghusun – zdecydowanie większy wrak, przełamany na pół – część dziobowa znajduje się na głębokości około 10m, pozostała zaś na maksymalnie 20m. Jest on na tyle duży, iż nie jest możliwe dokładne zbadanie go w trakcie jednego nurkowania z butlą 12l.
W środku i wokół wraku znajdują się pozostałości przewożonego przez niego ładunku. Można także wpłynąć do jego wnętrza.

fot. Dawid Jóźwiak

 

Rozbiłam bojkę pomiędzy dwoma fragmentami wraku, dzięki czemu po dotarciu na dno swobodnie mogłam poruszać się po obu jego częściach. Nie udało mi się jednak dotrzeć do rufy wraku ze względu na jego wielkość.

Myślę, że wystarczy słów. Spójrzcie na zdjęcia – mówią dużo więcej. Ja zobaczyłam zaledwie kilka miejsc nurkowych, a jest ich tam co najmniej kilkadziesiąt – od płytkich raf dla nurków rekreacyjnych po wielkie głębie idealne dla nurkowań technicznych. Jeżeli wykażecie nieco cierpliwości, czeka Was wkrótce zdecydowanie więcej wrażeń w wersji filmowej…

Na koniec chciałabym skierować słowa podziękowania osobom w bazie Avalon Divers za profesjonalną obsługę i pomoc w bezpiecznej organizacji moich nurkowań sprzętowych i bezdechowych. I dla Dawida za cierpliwość pod wodą i na powierzchni.

You must be logged in to post comment.