TAJEMNICE PELIZZARIEGO

Magazyn Nurkowanie  07/2010

Miesiące oczekiwań, zazdrosne głosy znajomych, że poznam „wielkiego” Pelizzariego, moje obawy czy podołam tak ciężkiemu programowi kursu, czy zaliczę wymagane minimum i przeskoczę wysoką poprzeczkę stawianą przyszłym instruktorom, a także tysiące innych myśli i wątpliwości…

15 maja z uśmiechem wielkości banana na twarzy i certyfikatem w dłoni wyszłam z sali wykładowej mianowana na instruktora Apnea Academy. Uff…….! Tydzień pobudek o 6 rano, spędzania – każdego dnia – co najmniej sześciu godzin w morzu, czterech w basenie, a pozostałych w sali wykładowej lub na różnorodnych ćwiczeniach – oddechowych, rozciągających i relaksacyjnych, no i te biegi przez rozległy hotel, aby zdążyć z jednych zajęć na drugie… Ten tydzień dobiegł wreszcie końca. A w głowie – poza masą informacji i porad dotyczących teorii i praktyki – wyryta, do końca życia, najistotniejsza zasada freedivingu: FREEDIVING MUST GIVE YOU PLEASURE! Zasada dla każdego bez wyjątku, bo freediving jest, wbrew  obiegowym opiniom, dla wszystkich!

Pierwsze spotkanie…

Szeroki uśmiech, szczere spojrzenie, charyzmatyczny głos i południowy luz. To właśnie cały Umberto. Od pierwszych słów zyskał sympatię i oddanie swoich nowych studentów. Przez cały tydzień towarzyszył nam na wszystkich zajęciach, nawet na tych, których sam nie prowadził. Dzielił się swoimi doświadczeniami, także tymi trudnymi, sypał dowcipami jak z rękawa, żartował sam z siebie (i z nas oczywiście też), poprawiał nasze błędy i chwalił za postępy. To było bardzo miłe widzieć, jak zależy mu na dobrym przygotowaniu przyszłych instruktorów Apnea Academy i przekazaniu nam całej niezbędnej wiedzy i potrzebnych umiejętności. Spodziewałam się niedostępnego rekordzisty i gwiazdora, a spotkałam zupełnie normalnego faceta, który kocha wodę i tą swoją miłością stara się zarazić innych.

Stały balast w DWÓCH płetwach – do bólu…

Pelizzari znany jest ze swojego zamiłowania do pływania w dwóch płetwach – z idealną techniką, ułożeniem ciała, rurką w dłoni i miną wyrażającą błogostan… Każdego więc dnia, przez co najmniej 3 godziny, wałkowaliśmy nurkowania na 20-30m, jedno za drugim, starając się osiągnąć ów ideał, by zadowolić „mistrza”… Gdy w czwartek padło hasło: „chętni mogą dziś zabrać monopłetwy” – odetchnęliśmy z ulgą chowając dwie płetwy w najciemniejszym kącie.

Sled, głębia i pusta butla na dnie…

Codziennie każdy z przyszłych instruktorów miał okazję przejechać się na „sledzie”. Przez pierwsze dni byliśmy tylko „pasażerami”, później zaś sami operowaliśmy urządzeniem. Mimo, iż osiągane głębokości nie były duże (maksimum 40m), to nurkowania te stanowiły najprzyjemniejsze chwile podczas treningu w morzu. Bez wysiłku, w ok. 30s, pojawialiśmy się nagle na dnie; huk otwieranej butli, potem pssssssssssss… – i po 5 sekundach balon powoli wyciągał nas na powierzchnię… zawsze… poza jednym razem, gdy ja byłam kierowcą. Dotarliśmy na 40m, otworzyłam butlę, rozległ się znajomy huk, krótko psyknęło… czekamy… Po kilkunastu sekundach ciągle znajdowaliśmy się na dnie, a balon, tylko w niewielkiej części napełniony, nie zamierzał unieść nas ku górze. Powietrza w butli zabrakło, więc nie pozostało nam nic innego, jak wrócić na powierzchnię przy pomocy własnych płetw! I tak przypadkiem odbyliśmy nurkowanie w zmiennym balaście.

Federico Mana i zapędy masochistyczne.

Federico Mana, to obecny rekordzista Włoch w konkurencji stały balast w płetwach (100m) oraz autor książki Techniki oddechowe stosowane we freedivingu, a poza tym bardzo sympatyczny człowiek, którego pasją są joga i freediving. Podczas kursu instruktorskiego prowadził z nami zajęcia oddychania i relaksacji oraz wyrównywania ciśnienia. Poza bardziej lub mniej standardowymi ćwiczeniami dotyczącymi oddychania przeponowego, rozciągania klatki piersiowej i podstawami pranajamy, Federico – z niewinnym uśmiechem – zachęcał nas do porannego przepłukiwania zatok za pomocą urządzenia zwanego jala neti. Teraz, gdy przeglądam jego książkę, jestem mu wdzięczna – wlewanie wody do zatok jest niczym w porównaniu z wpychaniem sobie do nosa sznurka i wyciąganiem go po chwili przez usta! Bastardo!

Manta na horyzoncie!

W poniedziałek o godzinie 10.15 ciszę poranka rozdarł okrzyk Waltera nadzorującego nas na bojce instruktora: „Manta! Patrzcie! Przerwa w ćwiczeniach!”. Dosłownie ocierając się o naszą linę treningową, stworzenie wielkości dwóch i pół metra „przefrunęło” obok. Nie tracąc czasu na branie oddechu wszyscy rzuciliśmy się za nim w pogoń. Manta, majestatycznie zagarniając wodę olbrzymimi skrzydłami, nie pozwoliła się dogonić. Byliśmy bez szans – przez kilka sekund płynęliśmy tuż nad nią, mając ją na wyciągnięcie ręki. Po chwili przyspieszyła i minutę później szary zarys manty stopił się z błękitem morza…

Dwa dni później spotkaliśmy whale shark’a… olbrzymiego, niegroźnego, a wręcz słodkiego brzydala, który podobno jest stałym bywalcem tych okolic. Wydaje się to być prawdą,  bo ostatniego dnia mieliśmy okazję popływać z nim znów!

Odlotowa statyka…

4 minuty na zaliczenie. Niby nie tak dużo, ale… Cała grupa zebrała się w basenie, gdzie najpierw zaplanowano trening (5 statyk ze startami co 6 minut), a potem, po 5 minutach przerwy, zaliczenie. Wymyśliłam sobie taki trening: pierwsza statyka na wydechu do pierwszych skurczy, a później przy każdej kolejnej już na pełnym wdechu miałam dodawać o 5 kontrakcji więcej niż w poprzedniej. Pierwsze 2 statyki minęły normalnie, za to potem… Pomimo tego, że w basenie było ciasno i jeden kursant trącał drugiego, że panował lekki stres przed zaliczeniem, udało mi się całkowicie wyłączyć umysł. Wzięłam do serca przykazanie Umberto – masz mieć z tego przyjemność, a nie zmuszać się. Każda z kolejnych statyk była jakby snem. Moje myśli odlatywały tak daleko, że traciłam poczucie rzeczywistości i czasu! Dopiero kontrakcje sprowadzały mnie z powrotem „na ziemię”, ja zaś, wystraszona, w pierwszych sekundach zastanawiałam się gdzie jestem, a potem – czy nie miałam czasem black out’u, bo nie wiem co działo się ze mną i wokół mnie przez ostatnie minuty… A kontrakcje? Te sprawiły mi największą niespodziankę – przy ostatniej próbie zaliczeniowej pojawiły się po 4 minutach… Easy

Mono, no no!

Gdy już wolno nam było odstawić dwie płetwy na bok, ochoczo pomaszerowaliśmy na trening pływania w monopłetwie. Miało być wreszcie miło, lekko i przyjemnie… Po godzinie specjalnych ćwiczeń rozciągających mięśnie istotne podczas prawidłowej pozycji pływania w mono, stękając z bólu, doczłapaliśmy się na basen. Tam przez bite 2 godziny nie zatrzymaliśmy się nawet na chwilę. Pływając w każdej możliwej konfiguracji z mono lub bez, na brzuchu / plecach / bokiem, z rurką w ustach lub bez, po powierzchni lub pod wodą, chyba niejeden z nas zamarzył o założeniu… dwóch płetw J.

Watsu, czyli o wodzie i dotyku.

Wszyscy wiemy o tym, jak ważne są zagadnienia dotyczące relaksu we freedivingu. Można nie być sportowcem-wyczynowcem, a mimo to osiągać niezłe wyniki, jeżeli potrafimy odpowiednio rozluźnić się i przygotować mentalnie do bezdechu. Jedną z popularnych ostatnio metod jest Watsu. Najprościej mówiąc, jest to praca z ciałem w ciepłej wodzie (32-35ºC) polegająca na poddaniu „pacjenta” sekwencji ruchów, stretchingowi i masażowi (Shiatsu), podczas których doświadcza on głębokiej relaksacji fizycznej i psychicznej. Same zajęcia wymagają dość bliskiego kontaktu fizycznego z prowadzącym oraz opierają się na silnym poczuciu zaufania pomiędzy obiema osobami. Efekty są rewelacyjne i wygląda na to, że metoda ta spowoduje niemałą rewolucję w zabiegach rehabilitacyjnych i psychoterapeutycznych. W trakcie naszych zajęć na kursie instruktorskim, poza krótkimi momentami skupienia, było mnóstwo śmiechu i żartów, szczególnie gdy obserwowaliśmy pary wyłącznie męskie.

Certyfikaty i golasy…

Nie wiadomo, kiedy tydzień kursu dobiegł końca. Zdecydowanie przeżyliśmy go i to w całkiem niezłym stanie! Zmęczenie gdzieś minęło i gdyby zaproponowano nam dodatkowy tydzień intensywnych zajęć nikt nie zawahałby się zostać. Umberto podziękował nam za udział i zaangażowanie, a następnie wyprosił wszystkich z sali, w której przez kolejne 2 godziny obradował wraz z pozostałymi instruktorami nad przyznaniem licencji poszczególnym uczestnikom kursu. Potem, pojedynczo, każdy z kursantów zapraszany był do środka, aby usłyszeć werdykt… Zrobiło mi się gorąco; niby wszystko zaliczone, ale każdy miał przecież jakieś niedociągnięcia i mniejsze lub większe rzeczy do poprawki! Gdy weszłam do sali i spojrzałam na srogie miny „ławy przysięgłych” nogi lekko mi zadrżały…  Po chwili jednak uścisk Umberto potwierdził uzyskanie przeze mnie mojej upragnionej licencji. Hurra! Wyskoczyłam z sali w podskokach i z uśmiechem od ucha do ucha. Niestety, kilka osób opuściło pomieszczenie z nosami spuszczonymi na kwintę – 9 osób nie zaliczyło kursu. W trakcie ceremonii rozdawania certyfikatów miało miejsce tradycyjne mianowanie na instruktora Apnea Academy jednego przedstawiciela ogółu kursantów – tym razem „wytypowano” pochodzącego z Włoch, lecz mieszkającego w Szwajcarii, Marco: rozebrano go do rosołu i związano, następnie wyniesiono przed budynek i pozostawiono na pastwę losu przykrytego jedynie swoim dyplomem instruktorskim… Miał szczęście, że nie licencją!

Później już były tylko zdjęcia, uściski i wymiany kontaktów. Rozmowy nie miały końca, rodzinna atmosfera sprzyjała przeciąganiu wieczornego spotkania do późnych godzin nocnych… Rano wszyscy się pożegnali, każdy odleciał do swojego zakątka świata, zaś ja – do mojego czerwonomorskiego „domu” w Dahab, na jeszcze jeden tydzień w błękicie.

Projekt – Freediving dla wszystkich.

Naładowana energią zaczerpniętą z nowych przyjaźni, uzyskanego certyfikatu i egipskiego słońca, postanowiłam pełną parą zabrać się za pokazanie nurkom i nie-nurkom, jak pięknym i łatwo dostępnym sportem jest freediving. Przyjemność i radość z pobytu w wodzie, samoświadomość i odpowiedzialność za siebie i innych… to są jedyne wymagania, by być freediverem. Trudne? Odpowiedzcie sobie sami…

You must be logged in to post comment.